Sport, polityka, kultura i wszystko co nas dotyka
Napisz do Autora

statystyka
Kategorie: Wszystkie | Polityka | Sport | Turystyka | Życiowe takie
RSS
wtorek, 02 grudnia 2008

Przy niedzielnej porannej kawie oko moje zawisło na dłuższą chwilę jak zwykle na programie Rymanowskiego. Politycy dyskutowali m.in. na temat raportu ABW mówiącego o zamachu na Lecha Kaczyńskiego. Już po raz drugi redaktor Rymanowski wziął w obronę dziennikarzy, którzy upublicznili ów dokument. Pomijam już sam fakt jego wycieku, bo oczywistym jest, że nie powinien nigdy mieć miejsca. Moją uwagę przykuł fakt, że prowadzący program powiedział mniej więcej, że rolą każdego dziennikarza jest upublicznienie tego typu dokumentów. No właśnie, czy aby na pewno? Czy w takim wypadku dziennikarz nie powinien, dla dobra kraju, odmówić publikacji tajnego raportu? Czy bardziej etyczne byłoby nie generowanie popytu na wycieki?

Raport ABW, który wskazuje jednoznacznie na to, że to właśnie strona gruzińska spreparowała całą sytuację z zamachem, podczas gdy w międzyczasie Osetyńscy się do niego przyznali, stawia Polskę w niezręcznej sytuacji. Oto z jednej Prezydent Polski zdecydowanym głosem oskarża Rosję o zamach na swoje życie, z drugiej strony nasze służby wywiadowcze oskarżają Gruzję, a Osetia przyznaje się do winy… Czy nie wyglądamy śmiesznie? Śmiesznie, absurdalnie i niebezpiecznie, w końcu nigdy nie wiadomo czego się po takim kraju spodziewać. Nie zyskujemy na wiarygodności! No i niech ktoś powie, jakie korzyści z tej sytuacji czerpie Gruzja? Żadnych! No i w końcu co my, Polacy zyskujemy na tych ciągłych wojażach naszej głowy państwa do Gruzji? Nie widzę żadnych.

Wracając do dziennikarzy – powinni oni znać miarę i nie publikować rzeczy, które w oczywisty sposób godzą w interes kraju. Nie powinni jednak w imię źle pojętej „solidarności” przymykać oczu na sprawy skandaliczne, jak np. pijaństwo wśród posłów w pracy. Poniedziałkowy Newsweek określa ostatni skandal alkoholowy Pani Kruk mianem kontynuacji procesu brutalizacji mediów, co dla mnie jest szokującym określeniem. W żadnym z  akapitów tekstu nie było napisane o postępującej degrengoladzie posłów i społecznej akceptacji pijaństwa wśród wybrańców narodu. O nie! Redaktorzy Newsweeka problem pijących w pracy posłów sprowadzili do obrzucenia błotem brukowca Fakt.

Ja natomiast uważam, że przykład Pani Poseł Kruk powinien dać do myślenia innym posłom i powinien definitywnie zakończyć karierę tej pani.

środa, 26 listopada 2008

Kombinatorstwo i wciskanie ciemnoty trzyma się w polskiej polityce mocno. Pokazał to dobitnie przykład Pani Poseł Kruk, którą niedawno nakryto na sprawowaniu obowiązków poselskich pod wpływem alkoholu. Sprawa ta odbiła się szerokim echem w mediach i to właśnie mediom od polityków dostało się najbardziej. Oglądając przy niedzielnej kawie program Bogdana Rymanowskiego byłem zdumiony, że politycy wszystkich opcji zgodnie potępili dziennikarzy czyhających na pijaną posłankę, a nie samą pijaną. A najbardziej mnie zbulwersował atak Prezesa Kaczyńskiego, który zagroził że w przypadku dalszego wałkowania sprawy Kruk on ujawni inne przykłady pijaństwa wśród posłów. Może chodziło mu o posła byłego koalicjanta - Samoobrony, trenera Wójcika (obecnie jego nazwisko składa się z jednej litery i kropki), który szarżował po pijanemu samochodem po torowisku? Tego się nie dowiemy, bo Prezes nigdy nie mówi wprost, po nazwisku, czy w ogóle z sensem.

Że Polacy piją, to sprawa powszechnie wiadoma. Ale każdy normalny Polak przyłapany po pijanemu w pracy, pracę traci. Artykuł 52-gi kodeksu pracy mówi o „ciężkim naruszeniu obowiązków pracowniczych”. I tylko w Sejmie jest możliwa sytuacja, w której pracodawca broni jak lew pijanego podwładnego. A już przyznanie się do winy, skruszenie i obiecanie poprawy w środowisku polityków jest rzeczą równie rzadką jak pełne zaćmienie słońca. Dzięki temu powstały „pomroczności jasne” Wałęsy, „choroby filipińskie” Kwaśniewskiego, problemy z „łącznością komórkową” Gosiewskiego, a Gabrielowi Janowskiemu ktoś notorycznie dosypywał czegoś do mleka (ubecy pewnie lub Ci z GW, psia ich mać!).  Nikt nie przyznał się do picia, nikt nie przeprosił, nikt nie obiecał poprawy. Wszyscy prezentują ten sam poziom klasy próżniaczej. I każdy do serca bierze sobie nadzieję Kurskiego, że ciemny lud nie taką bzdurę kupi. I dopiero gdy pod sam pysk podstawi się takim kłamcom papierek udowadniający kłamstwo, potrafią się, chociaż tylko częściowo, przyznać do kłamstwa. I jest to tak zdumiewające, że serwisy polityczne takie jak moje ulubione Politbiuro.pl tytułuje ich mianem „Gracza Tygodnia” – postaci najbardziej pozytywnej w minionych siedmiu dniach.

Czy tylko ja czuję się, jakbym totalnie nie pasował do tego całego cyrku?

środa, 12 listopada 2008

Szalenie śmieszną rzecz przeczytałem na Onet.pl dzisiaj. Nagłówek jednego z newsów tamże krzyczy: „Brudziński: Wałęsa jest małym człowiekiem”. Sam patrząc na wojenki panów Lechów – Kaczyńskiego i Wałęsy – stawiam ich obecnie mniej więcej na jednym poziomie. Obaj nie potrafią się zachować, obu łączy to, że do piastowania wysokich stanowisk się nie nadają, obaj z kulturą są na bakier. Kaczyńskiemu wydaje się, że jest lepszy bo z „dobrego domu”, Wałęsie wydaj się że jest lepszy z powodu Nagrody Nobla. W Kaczyńskim jakimś cudem wielu dopatruje się męża stanu i wzorca patrioty, a w Wałęsie mędrca. Cóż, pewnie znajdą się tacy, co w Kwaśniewskim zobaczą wzorzec abstynenta a w Urbanie Najświętszą Panienkę. Ani jednej z tych grup nie rozumiem.      

Jednak niezmiennie śmieszy mnie, gdy człowiek pokroju Brudzińskiego ocenia w ten sposób człowieka, który jest ikoną demokratycznych przemian w Polsce. Pocieszający jest fakt, że o Brudzińskim zapomnimy w ciągu jednej, góra dwóch kadencji a Wałęsa na zawsze będzie kojarzony z upadkiem komunizmu. Historia oczywiście zapamięta tak samo nieudolny epizod prezydencki zarówno Kaczyńskiego jak i Wałęsy. Na ich tle Aleksander Kwaśniewski wypada jak prawdziwy mąż stanu. Co jest o tyle przykre, że mam w pamięci całe serie jego wpadek, haniebnych zachowań czy alkoholowych wybryków. Jednak w dyplomacji i stosunku do oponentów bije na głowę obu Lechów.

 Lech Kaczyński organizując galę z okazji Święta Niepodległości pominął Wałęsę. I szkoda, że się tak zachował – miał niepowtarzalną okazję by pokazać, że jednak umie wznieść się na wyżyny wyrozumiałości. Zaprzepaścił ją i dał tym samym Tuskowi i PO argumenty, by galę wyszydzić, zignorować i zdewaluować. Co ciekawe nasi najwięksi sojusznicy – Amerykanie i Gruzini – zrobili to samo co Tusk.

Obserwując te wszystkie wojenki podjazdowe, czuję niesmak. Bo politycy zamiast zajmować się poprawianiem obywatelom warunków życia, wolą zajmować się sobą nawzajem. Dobrze chociaż, że PO jest o tyle mądrzejsza od koalicji Samoobrony, LPR i PIS, że patriotyzmu nie chce uczyć ogniem i mieczem, siłą. Ale bardzo byłbym rad, gdyby sprawiła, że Polska stałaby się lepszym miejscem do życia. By sprawiła, żeby prowadzenie firmy czy załatwianie czegokolwiek nie było drogą przez mękę. Bo to obok politycznych waśni i sporów podkopuje mój patriotyzm niezmiennie od wielu lat.

sobota, 08 listopada 2008

Gdy tylko w RMF FM usłyszałem o wybrykach za kierownicą Posła PIS Kurskiego zrobiłem się wściekły. Nie na tego bezmyślnego człowieka, tylko na tych, którzy otworzyli furtkę dla stworzenia ludzi bezkarnych i na tych, którzy tę furtkę obiecali zamknąć i tego nie zrobili. A przecież to było jedno z wielkich haseł wyborczych Platformy z czasów kampanii! Zapomnieli o tym tak samo, jak zapomnieli o podatku liniowym czy jednomandatowych okręgach wyborczych.

I to rodzi świetną okazję dla Lewicy! Gdyby Lewica zaproponowała wreszcie wprowadzenie równości dla wszystkich, co niejako powinno być jej sztandarowym postulatem, to zdobyłaby niemałe poparcie. Ale Pan Napieralski woli rzucać hasła typu „wypowiedzmy konkordat!” podczas gdy większości Polaków konkordat kojarzy się z ułatwieniem w zawieraniu ślubów (wystarczy kościelny, nie trzeba biegać do USC). A gdyby tylko Lewica postulowała zniesienie immunitetu poselskiego, zlikwidowanie kasty ludzi stojących ponad prawem, gdyby wzięła się racjonalnie za Kler niosąc te same hasła – równości dla wszystkich – ludzie poszliby za nią. Wystarczyłaby odrobina wyobraźni, przecież ludzi drażni najbardziej nietykalność księży, lekarzy, prawników i sędziów, którzy nigdy nie ponoszą odpowiedzialności za swoje czyny i decyzji, wszak sądzi ich sąd koleżeński.

Póki prawo jest takie, jakie jest – nie dziwmy się, że posłowie czy księża uważają się za lepszych od reszty społeczeństwa. Wybrańcy narodu, reprezentanci obywateli i duszpasterze (zna ktoś jakiegoś prawdziwego duszpasterza? Bo ja znam samych urzędników kościelnych…) – ludzie z powołaniem (?) używają swojej nietykalności jak tylko mogą. I co im się dziwić?

piątek, 31 października 2008

Minął rok od objęcia przez Platformę Obywatelską rządów w Polsce. Najwyższy czas na jakieś choćby częściowe podsumowanie tego czasu, wszak na spełnianie obietnic przedwyborczych mieli dość czasu. Pamiętam, że po roku rządów koalicji Samoobrony LPR i PIS miałem już serdecznie dość. Dzisiaj sytuacja wróciła do normy. Jestem jeno lekko zniesmaczony brakiem większych inicjatyw PO, czy pojedynczymi awanturami na linii Prezydent – Rząd. Ale wszystko po kolei. Na pierwszy ogień pójdą:

 

Plusy:

 

·         Wycofanie wojska z Iraku i nie wpakowanie się w żadną inną inicjatywę wojenną, to drugie wynikło poniekąd z braku większych konfliktów poza tym gruzińskim. Przynajmniej nie wypowiedzieliśmy wojny Rosji, czego za poprzednich rządów nie byłbym taki pewien.

·         Zlikwidowanie powszechnego poboru, który nie dość że był czymś, co młodych ludzi zniechęca na samym starcie życiowym do instytucji państwa, to jeszcze psuje szkolnictwo wyższe. W końcu dotychczas w Polsce było tak, że młody mężczyzna miał po szkole średniej wybór: albo wojsko albo studia. Przez co zaobserwowaliśmy wysyp szkół kształcących na zasadzie „płacę – wymagam”. Stopniowe wprowadzanie armii zawodowej zaliczam temu rządowi zdecydowanie na plus.

·         Nikt z rządu dotychczas nie został aresztowany! Pamiętacie Państwo ministra Lipca? Kaczmarka? Łyżwyńskiego (zausznika wicepremiera Leppera)?

 

Minusy:

 

·         Brak podatku liniowego

·         Zasłanianie się wetem prezydenta. Zamiast znajdować wymówki dla braku działania, powinni zrobić wszystko by dogadać się z Lewicą celem obronienia się przed destrukcyjnym działaniem Prezydenta

·         Kłótnie z Kaczyńskim Lechem – zamiast dogadać się w 4 oczy, czy między kancelariami, wszystkie brudy prane są na wizji, ku uciesze gawiedzi i ku zniesmaczeniu innych. I to wszystko w celu uzyskania lepszych wyników w sondażach.

·         Brak jednomandatowych okręgów wyborczych. Dalej będziemy głosowali na partię a nie na konkretnych ludzi. Dzięki temu znowu do Sejmu wejdą takie Nelly Rokity czy inne Palikoty.

·         Tolerowanie wybryków Posła Palikota, który zdecydowanie za dużo i zbyt obcesowo mówi o otaczającym go świecie. Rozumiem, że to trafia do wyborców czytających Fakt czy SE, ale i tak budzi moją odrazę. Trzeba wiedzieć co wolno, a co nie.

·         Wykorzystywanie sytuacji, w której PIS i Prezydent kompromitują się sami i nie podejmowanie większych wyzwań, jak np. likwidacja KRUS, obniżka podatków czy ograniczenie biurokracji, administracji i ZUS.

·         Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji – nie służy niczemu prócz generowaniu kosztów

·         Brak większych cięć wydatków budżetowych, ciągle w administrację pompowane są niebotyczne kwoty

·         PO wspominało kiedyś o ograniczeniu liczebności Sejmu – teraz wszelki słuch o tym pomyśle zaginął

·         Uderzanie w typowo populistyczny dzwon („dzięki nam emigranci będą wracali”, „kryzys to wina zaniedbań PIS”, zrzucanie odpowiedzialności za wszelkie zło na PIS).

 

 

 

Wiadomo, że powyższy ranking jest moim wielce subiektywnym tworem. Nie głosowałem bowiem na PO dlatego, że obiecali superemerytury czy drugą Irlandię. Wiedziałem z góry, że te obietnice są tylko hasłami marketingowymi. Byłem zniesmaczony, gdy słyszałem że „świetnie zarabiające pielęgniarki będą wspaniale leczyć świetnie zarabiających emerytów za darmo”. Czy że „dzięki PO emigranci będą wracali z zagranicy”. Wiedziałem, że to obietnice bez pokrycia czy pobożne życzenia. I z tą świadomością przystępowałem do wyborów. Mimo to, było to ze strony Platformy bardzo nieładne, populistyczne zagranie. Jednak dzięki temu dzisiaj nie muszę drżeć na widok wicepremiera kretyna i warchoła Leppera, czy również wicepremiera i ministra edukacji faszyzującego Giertycha, co od małpy nie pochodzi. No chyba że od małpy w czerwonym…

 

środa, 29 października 2008

Poruszę dzisiaj temat bardzo delikatny, który przeleciał przez polską rzeczywistość bardzo szybko i w tym samym tempie się wypalił. Temat, o którym wypowiadać powinny się przede wszystkim kobiety, bo ich godności on dotyczy. Jakiś czas temu bowiem huknęła wiadomość, że Pani Minister Zdrowia Ewa Kopacz ogłosiła pomysł walki z podziemiem aborcyjnym. Pomysł tyle nieskuteczny, chybiony, fałszujący rzeczywistość co hańbiący dla samych zainteresowanych czyli dla kobiet w ciąży. Pani Kopacz wymyśliła, że każdą kobietę w ciąży trzeba policzyć, zapisać, (oznakować też?) i potem te dane zestawić z ilością urodzonych dzieci. Jeśli wyjdzie manko – złapać i ukarać domniemane „morderczynie”.

Nie wiem na ile jest to pokaz nieudolności i naiwności Pani Minister, a na ile próba pozoracji jakichkolwiek działań przeciw podziemiu aborcyjnemu. Przecież pomysł ten jest z góry skazany na niepowodzenie i wyśmianie. Co więcej, spodziewam się ostrej krytyki ze strony nie tylko środowisk feministycznych, które za każdym razem (nie zawsze słusznie) wyśmiewają tego typu inicjatywy, ale i ze strony szarych obywatelek, które w ten sposób automatycznie stawia się w roli podejrzanych. W roli osób, które trzeba kontrolować i pilnować żeby przypadkiem nie usunęły ciąży.

Nikt nie zastanowi się nad przyczynami aborcji. Nikt nie wpadnie na pomysł, by choćby podstawowe środki antykoncepcyjne refundować, nikt nie wpadnie na to by promować świadome macierzyństwo, czy edukację seksualną która teraz jest w formie szczątkowej. Potrzebny jest narodowy program uświadamiania młodzieży, bo najwięcej daje praca u podstaw. Trzeba odrzucić zakłamanie i hipokryzję. Trzeba rozmawiać i uczyć.

Trzeba będzie pewnie zmiany kilku pokoleń, by wyplenić ze społeczeństwa schematy które obserwować mogliśmy przy okazji słynnej i bulwersującej sprawy „polskiego Fritzla”, gdzie żona wiele lat przymykała oko na barbarzyństwa męża, „bo przecież byli małżeństwem”. Znam mnóstwo rodzin, w których żona jest zbyt słaba i stłamszona by przeciwstawić się mężowi. „Bo przecież jesteśmy małżeństwem, bo przysięgaliśmy przed ołtarzem”. I przez wiele lat znosi upokorzenia. Daje się upupić. I to jest dramat, który wynika z mentalności małomiasteczkowej czy wiejskiej.

Czarę goryczy przepełnia fakt, że polskie prawo ofierze przemocy rodzinnej nie daje żadnych praw ni gwarancji na poprawę sytuacji. A potem w telewizyjnym wywiadzie rzecznik prasowy policji mówi, że niestety ale kobiety często wycofują zeznania przeciwko oprawcom. Wycofują, bo w świetle polskiego prawa są nic nie warte. W Polsce trzeba brać sprawiedliwość w takich sytuacjach we własne ręce… Byleby z rozsądkiem, żeby nie skończyć jak kilkoro słynnych mieszkańców pewnej wsi polskiej, którzy są targani po sądach za samosąd. I ten głośny na cały kraj samosąd nie dał żadnemu z posłów do myślenia. Nikt nie zmienił prawa. Nikt nie zreformował policji. Tak samo jak równie głośny przykład czternastolatki zgwałconej przez kolegę, która to nigdzie nie mogła się doprosić wykonania przysługującego jej wedle prawa zabiegu aborcji. Polityka prorodzinna? Jedna wielka ściema. Polska ciągle walczy ze swoimi obywatelami. I jak tutaj być patriotą? No jak?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11